sobota, 23 sierpnia 2014

Rozdział 2 "Myślałaś suko, że nam uciekniesz?"

"Kiedy życie wymyka Ci się spod kontroli, zrób coś szalonego... Zaskocz wszystkich, a najlepiej swoje życie... "- Lifeisbrutal
Po 10 minutach w totalnej ciszy, którą przerywały jedynie nasze oddechy w końcu dotarliśmy na miejsce, zatrzymał się koło przystanku, chciałam otworzyć, ale były zamknięte, odwróciłam się w stronę Dallasa nieco przestraszona, ale z kamiennym wyrazem twarzy.
-Czemu te drzwi są zamknięte? - Wypowiedziałam pytanie z wściekłością w głosie - Co to ma znaczyć?!
-Kurwa nie podnoś na mnie głosu! - Wydarł się, aż mnie zmroziło - Chciałem Ci tylko przypomnieć, że sama wracasz a w domu mówisz, że Cię przywiozłem z powrotem, wszystko jasne? - Pyta, rzucając mi piorunujące spojrzenie.
Jestem po prostu przestraszona, czuję się jak mysz złapana przez złego, ogromnego kota. Dopiero teraz czując nadal jego wzrok na sobie orientuję się, że mu nie odpowiedziałam a on liczy na odpowiedź, więc delikatnie tylko kiwam głową, gdyż mój głos był w obecnej chwili, w stanie mnie zawieść. Ręce całe mi drżały, po odblokowaniu drzwi przez Dalla, ledwo byłam w stanie otworzyć je, ale w końcu mi się udało. Wyszłam najszybciej jak się dało i zamknęłam drzwi za sobą, zobaczyłam jeszcze jego szyderczy uśmiech, usłyszałam pisk opon i zobaczyłam jak się szybko oddala. Rozejrzałam się wokół siebie, otoczenie, w którym się obecnie znajduje, nie zmieniło się praktycznie przez te 2 miesiące. Może teraz walało się nieco więcej śmieci: jakiś puszek po piwie, butelek po wódce oraz pustych paczek po papierosach. Budynki były bardziej podupadłe niż w czerwcu, ale nikt nie chciał się narażać na złość tych ludzi, którzy tutaj mieszkają, poza tym byłby problem po wyburzeniu, a mianowicie gdzie mogliby zamieszkać. Podeszłam kawałek do przystanku, uważając na śmieci, oczekując na autobus tupałam nogą tworząc jakiś rytm; jednym z moich marzeniem jest tworzenie w branży muzycznej. Nagle uderzył we mnie odór wypitego piwa zmieszany z dymem papierosowym, odwróciłam się w stronę skąd dobywał się ten okropny zapach. Po zobaczeniu dwóch dorosłych mężczyzn, którzy wyglądali obrzydliwie i do tego jeszcze byli pijani, mocno się przeraziłam. Zaczęłam się cała trząść i w duchu mocno modlić, żeby ten pierdolony autobus w końcu przyjechał, ale nie nawet go nie było widać. Zaczęli się obleśnie do mnie uśmiechać i przybliżać, mimo tego, że ja się odsuwałam jak najdalej.
-Kochaniutka, gdzie uciekasz, chodź zabawimy się - oboje wybuchli śmiechem, który brzmiał jak rechot - Będziesz mogła wybrać, z którym chcesz pierwsze - poczułam jak po moim policzku spływa pojedyncza łza, zebrałam w sobie całą odwagę, na jaką było mnie stać i kopnęłam tego jednego w czułe miejsce. Miałam już zacząć uciekać, kiedy poczułam rękę tego drugiego na ramieniu i okropny ból wywołany ściskaniem i ciągnięciem mnie.
-Myślałaś suko, że nam uciekniesz? - Tego drugiego głos jest bardziej ochrypły, aż ciarki przechodzą po plecach - To się grubo myliłaś ślicznotko - szepcze mi tym razem do ucha, słyszę jego oddech drapieżcy, wyobrażam sobie jak oblizuje sobie wargę z apetytem, następnie czuję na szyi jego oślizły język.
Czułam obrzydzenie, kiedy to robił, lecz strach, który mną zawładnął nie pozwolił mi się poruszyć, stałam wyprostowana, bez wyrazu, powoli uczucia zaczęły ze mnie "wychodzić", powoli przestawałam czuć cokolwiek, nic nie robiłam, po chwili do tego drugiego dołączył się pierwszy, który już otrząsnął się moim kopnięciu. Jego dłonie były bardziej zachłanne, zaczął się do mnie dobierać, był bez żadnych skrupułów. Kiedy miał mnie zacząć rozbierać, usłyszałam pisk opon zatrzymywanego auta, tak mi się przynajmniej wtedy wydawało; nie czułam już uścisku dłoni, ale dalej stałam jak kamienny posąg. Słyszałam jak jakiś łagodny, męski głos przepełniony złością straszy pijaków, uczucia zaczęły powoli do mnie wracać, zaczęłam się strasznie trząść, kolana się pode mną ugięły, a łzy zaczęły spływać strumieniami po policzkach. Poczułam na moim ramieniu dotyk męskiej ręki, ale całkiem różniącej się od dotyku rąk pijaków, ciepło, które z emanowało z tamtego miejsca zaczęło powoli mnie uspokajać. Dopiero teraz, kiedy byłam w miarę spokojna mogłam podnieść głowę, żeby przyjrzeć się mojemu wybawcy. W czasie, gdy to robiłam natknęłam się na spojrzenie zielonych, wręcz szmaragdowych oczu, które przyglądały mi się z troską. Osobą, do której należało to piękne spojrzenie, był chłopak wyglądający na osobę w moim wieku, dobrze zbudowany, a jego szatynowe włosy lśniły w słońcu. To wszystko byłam w stanie stwierdzić w zaledwie ułamku sekundy, pod czujnym jego wzrokiem, który bacznie mi się przyglądał kucając przede mną.
-Nic Ci takiego nie zrobili? - Zapytał melodyjnym głosem, od którego moje serce zaczęło momentalnie szybciej bić - Wszystko będzie dobrze... - Wyszeptał z łagodnością biorąc moje ręce w swoje i delikatnie zaczął je pocierać.
-Tak...Ja może już pójdę, bo spóźnię się do szkoły - zaczęłam się podnosić, on delikatnie się uśmiechnął ukazując rząd idealnie białych zębów, podał mi dłoń, którą ja uścisnęłam i pomógł mi wstać - Dziękuję za pomoc... - Podziękowałam wpatrując się w ziemię, nieco zawstydzona.
-Nie ma, co dziękować, było w interesie pomóc takiej ładnej dziewczynie - podniosłam głowę i znowu natknęłam się na te zielone oczy, nie spodziewałam się, że stoi tak blisko - Chodź podwiozę Cię, jeśli oczywiście chcesz - dopiero teraz zobaczyłam stojący na poboczu motor - A tak przy okazji jestem Nicholas, dla przyjaciół i Ciebie po prostu Nick.
-Jeśli mówisz, że możesz to chętnie zgodzę się na propozycję... - Odpowiadam nieśmiało - Jestem Meredith.
Ruszyliśmy do jego motoru, wsiadł pierwszy i pomógł mi wsiąść, podał mi kask, zanim go założyłam jeszcze kazał mi się siebie objąć, tak też zrobiłam. Odpalił maszynę i ruszył.
***
Zaledwie po kilku minutach byliśmy już pod budynkiem szkoły, który był otoczony murem, niczym jakieś więzienie. Zsiadłam z motoru, przy niewielkiej pomocy Nick'a, zdjęłam kask i oddałam mu, przez to, że miał tylko ten, narażał siebie na niebezpieczeństwo jadąc bez. Rozejrzałam się wokół siebie czując na sobie wzrok innych i miałam rację, byliśmy obecnie tematem jeden, najładniejsze dziewczyny wysyłały mi mordercze spojrzenia, gdyby one zabijały już bym nie żyła.
-Jeszcze raz dzięki za wszystko - mówię nie potrafiąc spojrzeć w jego oczy, poprawiam torbę wiszącą na ramieniu i już mam odchodzić, kiedy czuję dotyk jego dłoni na moim nadgarstku.
-Zaczekaj - mówi spokojnie, odwracam się w jego stronę i napotykam ten hipnotyzujący wzrok - Może byś się umówiła ze mną na spotkanie, w ramach wdzięczności? - Uśmiecha się, aż zapiera mi dech w piersi, jestem wyjątkowo nieufna, ale jak tu odmówić temu przystojniakowi.
-Jasne, czemu nie? - Pytam, chociaż w głębi duszy, wiem, że będę mogła tego w przyszłości żałować.
-Dobra, to daj mi twój numer i sobie go zapiszę - wyciąga swój telefon, podaję mu mój numer, a on go zapisuje, po chwili dzwoni mi telefon, to Nicholas, żebym mogła go sobie zapisać - Jak będziesz miała czas na spotkanie, to po prostu pisz, trzymaj się - zakłada kask, wsiada na swój motor, mimo kasku mogę zauważyć jak się delikatnie uśmiecha.
Patrzę jak odjeżdża, kiedy nie ma go koło mnie czuję taką dziwną pustkę, przypominam sobie, że jestem koło szkoły i trzeba iść na lekcje. Mijam trio, które każe się nazywać "Zbawicielki", przewodzi im Veronica, szczupła tapeciara z przefarbowanymi włosami na platynowy blond. Zauważyłam, że ruszają w moją stronę, więc przyśpieszyłam kroku, niestety na nic się to zdało, ponieważ już stały przede mną i zagradzały mi drogę, niczym jacyś strażnicy broniący skarbu, tylko bardziej tacy potworni i pilnujący, żeby nieudacznicy tacy jak ja pozostali sobą.
-A, kogo my tu mamy, córkę sprzątaczki, która nie umie się porządnie ubrać i przychodzi w podartych ubraniach - zaczynają się szyderczo śmiać, a ja czuję jak łzy zaczynają napływać mi do oczu, dopiero po kilku sekundach dociera też sens ostatnich słów, przez tą "małą" potyczkę z pijakami mój dres miał dziury, jak na jakiś rozkaz inny uczniowie dołączają się do "Zbawicielek" w szyderstwach, Veronica zbliża się do mnie coraz bardziej i nachyla w stronę mojego ucha, a mnie przechodzi dreszcz niepokoju - Jeśli dowiem się, że spotykasz się z tym chłopakiem, lub próbujesz wybić zmiażdżę cię jak małego robaczka - szepcze złowieszczo, po wyprostowaniu do poprzedniej pozycji i zobaczeniu, jakie wrażenie na mnie wywarła uśmiecha się triumfująco - Myślałaś, że jak zobaczymy Cię z kimś z naszego pokroju to będziesz coś znaczyć, to się grubo myliłaś nic nie warta biedaczko! - Podniosła głos, aż tak, że rozeszło się echo, była jak taka nikczemna bogini ze starożytnych wierzeń. Czułam, że już nie wytrzymam emocjonalnie i zaraz się popłaczę publicznie a tego bym nie zniosła.
Czym prędzej udałam się w stronę szkoły, wszyscy na korytarzu zaczęli mnie przepuszczać, niektórzy zdziwieni, inni zaś śmiejąc się ze mnie. Wpadłam do toalety i zajęłam jedną z kabin, podwinęłam nogi pod siebie, tutaj już nie musiałam się kryć z uczuciami, potok łez zaczął wypływać z moich oczu. Cała się trzęsłam, w tym momencie zaczęłam sobie zadawać pytanie, dlaczego ja muszę się ukrywać, kim jestem naprawdę i przez to cierpieć a nie mój brat Dallas, czemu w ogóle muszę to robić. Czym ja do cholery zawiniłam, żeby nie móc normalnie żyć?! Zaczęłam sobie przypominać chwile, kiedy miałam ochotę wyjść normalnie z rodzicami na bankiet, czy wyjechać na prawdziwe wakacje, nawet pobawić się z bratem i powygłupiać z nim. Od zawsze trzymam się na tak zwanym uboczu, jako dziecko samotnie się bawiłam, nie mając wokół siebie przyjaciół, czasami ktoś z reszty służby przychodził się mną zająć, ale to się przecież nie liczy. Drżącymi dłońmi sięgam po mój telefon, wybieram numer Nicholasa, aby napisać sms'a, w którym informuję go, że nie może się ze mną zadawać i najlepiej, byłoby, żeby mi wtedy nie pomógł, niech teraz zapomni i niech się ze mną nie próbuje skontaktować. Przechodzę do opcji "Wyślij", mam naciskać, ale się waham, nie wiem, czemu, po prostu nie mogę. Zbieram w sobie stanowczość, już milimetry dzielą mnie od wysłania, gdy ...

niedziela, 10 sierpnia 2014

Rozdział 1 "Myślisz, że wszystko kręci się tylko wokół Ciebie?"

Nieprzyjemnie dzwonienie budzika zaczęło roznosić się echem po całym moim pokoju, wybudzając mnie przy okazji ze spokojnego snu. Próbując zlokalizować i wyłączyć alarm w telefonie, mało, co nie strąciłam lampki stojącej na komodzie. Wreszcie namierzyłam go i nastała błoga cisza, zagłębiłam się bardziej w łóżku, otulając przy tym kołdrą, czułam się tutaj bezpiecznie, więc nie zdziwiłam się, kiedy moje myśli zaczęły się kształtować w pomysł, żeby zostać w tym ciepłym miejscu już na zawsze. Taka perspektywa jak najbardziej mi odpowiadała, niedane mi było się cieszyć długo tą chwilą, gdyż posłyszałam kroki mojej mamy, która zbudziła już Dallasa - mojego starszego brata, ale który nie jest jej synem. Na początku może już powinnam była wyjaśnić, kim jestem. Na imię mi Meredith, mam siedemnaście lat, jestem córką najbogatszej rodziny w mieście, lecz nikt o tym nie wie, z wyjątkiem sprzątaczki, którą traktuje jak moją mamę. Dlaczego tak jest? Dallas, który jest moim bratem jest ich pierwszym dzieckiem, więc gdy dowiedzieli się, że Maria jest ze mną w ciąży postanowili to zataić, aby utrzymać reputacje jemu, jako oczka w głowie rodziny, uwielbianego przez wszystkich jedynaka. W sumie mi to jak najbardziej odpowiada, wychowała mnie cudowna kobieta, której imię brzmi Kaliope, a dla mnie jest moją mamą, tatą, dziadkiem i babcią, czyli w skrócie całą rodziną. Nie to, że moi biologiczni rodzice w ogóle się mną nie interesują, czasami nawet przywiązują za bardzo do mnie uwagi. Po prostu z moją "mamą" utworzyłam niesamowitą więź, której nie potrafię wytłumaczyć i nie traktuje Mari oraz Toma, jako moich rodziców tylko, jako opiekunów, którzy sprawdzają, żeby nie zabrakło mi pieniędzy na drobne rzeczy. Mojego brata przezwisko to Dall, trochę dziwne, ale kto wnikałby w szczegóły. Tak, więc Dall szedł w tym roku na studia, ale w pobliżu domu, dlatego mieszka z nami, ja tymczasem wybieram się do ostatniej klasy szkoły średniej. W obecnej chwili usłyszałam lekkie skrzypienie drzwi i po chwili poczułam, jak materac na moim łóżku ugina się pod czyimś ciężarem, a ja wiedziałam już dobrze, kto koło mnie usiadł.
-Meredith, pora wstawać - usłyszałam obok siebie spokojny głos Kali - Dallas już wstał, jeśli chcesz się z nim zabrać to musisz się pośpieszyć - zaczęłam jeszcze bardziej zakrywać się kołdrą, niezadowolona perspektywą pójścia do szkoły - Dobrze wiem, że przyzwyczaiłaś się do spania, do późnej godziny w wakacje, ale teraz zaczął się nowy rok szkolny i trzeba wstać - powoli zaczęła ze mnie ściągać kołdrę, ja tym bardziej wcisnęłam głowę w poduszkę - Nie cieszysz się, że w końcu zobaczysz się z przyjaciółmi po dwóch miesiącach niewidzenia? - znając życie teraz przyjaźnie się uśmiecha, zawsze widzi pozytywne cechy, taka mała optymistka, gdyby wiedziała, że ja nie mam żadnych znajomych, tylko samych wrogów, zwanych przeze mnie gnębicielami, wtedy miałaby inną minę.
-Oczywiście mamo, że się cieszę - wybełkotałam z resztek "twierdzy", siląc się na radosny ton, przynajmniej na taki, na jaki było mnie stać w obecnej chwili - Już wstaję...
-Przekażę Dallasowi, żeby na Ciebie zaczekał - poczułam jak wstaje i usłyszałam jak podchodzi do drzwi - Tylko ubierz się ładnie, jesteś w ostatniej klasie, wiem, że musimy udawać, ale chyba córka sprzątaczki może również się porządnie ubrać - dodała ściszonym głosem, po czym można było usłyszeć jak drzwi się za nią zamknęły.
Odetchnęłam z ulgą, że w końcu poszła, nienawidzę udawać radosnej w jej towarzystwie, wystarcza mi fałszywe uśmiechanie się w szkole, chociaż i tam nikt tego nie zauważa, nie ważne czy bym skakała do sufitu, oni i tak znajdą powód, żeby się ze mnie naśmiewać. Do tej pory ich przywódcą był Dallas, który nie miał przecież powodu, aby nie wykpić "córki" jego sprzątaczki. Tak macie całkowitą rację, nawet Dall nie ma o niczym pojęcia, rodzice, (jeśli mogę ich tak w ogóle nazywać...) skrupulatnie wszystko zaplanowali, Kaliope przygotowali do roli kobiety w ciąży, muszę przyznać, że z jej opowieści wynika, że doskonale się spisała w swojej roli. Był taki moment, kiedy o mały włos się nie wydało, że jestem ich córką, dokładnie pamiętam ten moment miałam wtedy 6 lat...
Wysokiej postawy mężczyzna ubrany w szykowny garnitur, podkreślający jego urodę oraz wyniosłość charakteryzującą wyłącznie biznesmenów, obok niego kobieta, której bujne kształty podkreśla sukienka koloru krwistej czerwieni, koło nich stoi młody blondynek, w wieku 7 lat, wystrojony w garnitur podobnie jak jego ojciec, można by rzec, że ten młodzieniaszek już podbija serca kobiet, a co dopiero będzie w przyszłości. Wyglądają jakby wyjęto ich z jakiejś bajki, lecz to rzeczywistość, dla nich nieziemska, dla małej dziewczynki skrytej w cieniu sprzątaczki, która żegnała swoich pracodawców - strasznie ponura. Mała dziewczynka ściska rękę swojej opiekunki, ale jednocześnie ma ochotę się wyrwać i również zacząć żyć w tej bajce.
-Kaliope! - jęczy coraz głośniej z naburmuszoną miną - Ja chce iść z rodzicami na ten bankiet! - teraz to już prawie krzyczy.
Kobieta wraz z mężczyzną odwracają się w stronę pary zakłócającej ich "bajkę", rzucając przy tym spłoszony wzrok, mały chłopiec, nieco zmieszany nie wiedząc, co przed chwilą zaszło rzuca pytające spojrzenie swoim rodzicom, by po chwili skierować wzrok swoich błękitnych oczu na nic nie warte w jego oczach osoby. Blond bogini idzie powoli z gracją, lecz w oczach można dostrzec gniew z iskrą żądzy mordu. Ciągnie za ramię sprzątaczkę w głąb domu tak mocno, że na twarzy Kaliope pojawia się grymas bólu.
-Jeszcze raz pozwolisz na taki wybryk Meredith to wylatujesz z nią z tego domu! - wysyczała z furią pokazując na małą dziewczynkę, obecnie chowającą twarz ze strachu w nogach opiekunki - Zrozumiano?!
-Oczywiście, pani Wilmington - odparła ze skruchą służąca - To się więcej nie powtórzy, obiecuję...
-Ja mam taką nadzieję - odparła już nieco spokojniej Maria, poprawiła swoją sukienkę zanim ruszyła z powrotem do holu - Nie wiem, o której wrócimy z mężem i synem, proszę, więc na nas nie czekać - jeszcze rzuciła i znikła z widoku.
Mała dziewczynka orientując się, że kobieta odeszła odważyła się podnieść wzrok na sprzątaczkę i służącą w tym domu, która od tej chwili miała zamienić się w jej 100% mamę. Kobieta ukucnęła, żeby być na poziomie małej i ją delikatnie objęła, pozwalając, żeby mała się wypłakała.
-Przepraszam...Ja tera...teraz...wiem, że...t...ty... jesteś moją... prawdziwą mamą - wypowiedziała między szlochami i przytuliła kobietę z niesamowitą miłością.
Od tamtej chwili, może dokładniej od tamtego wydarzenia Kaliope traktuję szczerze i z miłością. Powracając do Dallasa, on nie pamięta tamtego wydarzenia, tego jestem pewna, skoro był przywódcą, mimo że idzie na studia wciąż jest, nic go nie powstrzymywało, aby ze mnie szydzić, nie ważne gdzie się wybrałam, tam znalazł swoich przyjaciół, z kim mnie wyśmiewał.
Wygrzebałam się z łóżka, wstając rozciągnęłam się nieco, przy wykonywaniu tej czynności towarzyszyło mi ziewanie oraz charakterystyczne strzelanie kości. Do łazienki wzięłam ubrania, które ubierałam tylko do szkoły, albowiem w domu nie muszę się kryć ze swoim ciałem, nie o to chodzi, że jestem gruba, właśnie wręcz przeciwnie, moje ciało miało bujne kształty, o których mogły pomarzyć inne dziewczyny. Po prostu nie było mowy, żeby mogli mnie porównać do Marii, żeby nie niszczyć swoich blond włosów zakładałam perukę, tylko to nie była byle, jaka, co to nie, bo np. podczas robienia ćwiczeń na wf mogłaby mi spaść. Została ona zakupiona przez państwo Wilmington, była droga, ale jeśli chcieli mnie ukryć to musieli wydać trochę pieniędzy. Udałam się do łazienki, która była dla pracowników tego domu, przecież trzeba było dbać o pozory. Przeglądnęłam się w małym, zakurzonym lustrze wiszącym nad umywalką, zaczęłam chować moje blond włosy pod perukę, teraz wyglądam na szatynkę tak jak Kaliope, niebieskie oczy, które kiedyś były błękitne i radosne, teraz świecą pustką, na nie nałożyłam zielone soczewki. Byłam w samej bieliźnie, więc, jak co dzień zaczęłam palcem jeździć po bliznach znajdujących się na udach, które zostały mi po operacji, kiedy ratowali mi nogi po wypadku w górach.
Mało brakowało, aby ta dziewczyna nie przeżyła, ma ogromne szczęście, zostaną jej jedynie blizny...
Poczułam jak po policzku spływają łzy, delikatnie potrząsnęłam głową, aby rozgonić złe myśli. Dokładnie pamiętam jak przyszła lawina i mnie zasypało, myślałam, że już nie zobaczę Kaliope, jeszcze w dodatku ten kamień, który przytrzasnął mi nogi...
***
Ubrałam się w za dużą, szarą bluzę, czarne dresy i szare trampki, po czym zaczesałam włosy w kucyka i wyszłam z łazienki nawet się nie malując, nie miałam nawet przecież takiej potrzeby. Spakowałam kilka zeszytów do torby, wzięłam swój telefon, wyszłam z mojego małego pokoju, który mieścił się pośród pokoi służby i niczym się nie różnił, oprócz koloru. Zeszłam po krętych schodach do ogromnego holu, w którym znajdowały się rzeczy z najróżniejszych zakątków świata, gdzie Tom miał spotkania biznesowe, ostatnio był, aż w Japonii, oczywiście jak zawsze towarzyszyła mu Maria. Dallas wyszedł z kuchni trzymając w jednej ręce kluczyki do jego samochodu - Audi A8, a w drugiej jabłko, które zaczął jeść opierając się o framugę drzwi. Jest on wysokim blondynem o błękitnych oczach, biała koszula opina jego idealnie umięśnione ciało, każda dziewczyna z okolicy się za nim ugania, zwłaszcza te z liceum. On jednak całkowicie je ignoruje, jedyna dziewczyna, która mu się podoba i ją kocha jest Jessica, która wyjechała rok temu na drugi koniec kraju na studia, ale utrzymują ze sobą świetny kontakt. Mimo to wszyscy myślą, że ze sobą zerwali, a oni nie chcą wyprowadzać ich z błędu, w rezultacie wiele dziewczyn dzwoni do naszego domu, ja oczywiście nigdy nie odbieram, bo jakby to wyglądało, że "córka" sprzątaczki odbiera telefon, dzwoniący oczywiście do państwa Wilmington. W szkole zawsze jestem sobą, nie wyobrażam siebie, jako pustej laluni, której w głowie tylko mizdrzenie. Skutek jest taki, że nawet najgorszy kujon nie chce się ze mną przyjaźnić; nie raz znalazłam w swojej szafce zgnite rzeczy, czy moja torba wylądowało w kiblu, czy ewentualnie została wywalona do kosza. Co robił wtedy, Dall? Od razu można się domyśleć, że on jest odpowiedzialny za te incydenty.
-Halo, poczwaro żyjesz czy już zdechłaś? - wyrwał mnie z zamyślenia śmiejąc się przy tym, mogłabym porównać to do rechotu żaby, ale bym skłamała, w między czasie zauważyłam, że skończył swoje lekkie śniadanie - Mogłabyś się pośpieszyć, poza tym nie chcę za długo zabawić w tej obskurnej okolicy - skrzywił się z obrzydzenia, wydając zdegustowany pomruk.
-Już idę - odpowiedziałam nawet się nie siląc na uśmiech, i tak by nie został doceniony.
-To chyba obijanie się... - zlustrował mnie wzrokiem z góry do dołu - Mogłabyś się lepiej ubrać... - rzekł z wyczuwalną ironią - A nie! Zapomniałem, że córki mojej podwładnej na nic ładnego nie stać, bo to nawet tatusia nie ma - i tak po prostu zaczął się śmiać, poczułam jak łzy kumulują się, żeby wypłynąć na wierzch, na ułamek sekundy i tylko na tą małą chwilę zobaczyłam litość w jego oczach, ale za chwilę znowu było widać wyłącznie pogardę - Nie płacz śmieciu, tylko się zbieraj i jedziemy. Myślisz, że wszystko kręci się tylko wokół Ciebie?

Nie powiedziałam nic, tylko wyminęłam go, otworzyłam drzwi i wyszłam na podjazd. Poczekałam chwilę, aż otworzy garaż, wsiadłam do jego samochodu, nie oglądając się na boki tylko tępo patrząc w szybę i "podziwiając" resztę wyposażenia budynku. Po chwili dosiadł się do mnie, odpalił auto i wyjechał na drogę...

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Prolog "Tak bardzo chciałabym, żeby było dobrze..."

Stoję w tym miejscu, czekając spokojnie na koniec. Koniec wszystkiego: problemów, zmartwień, tajemnic, a zwłaszcza cierpienia zadanego przez Niego. Przez te wszystkie lata słuchałam opinii innych, wmawiając sobie, że jestem do niczego. W pewnym momencie mojego życia, kiedy byłam na granicy wytrzymałości psychicznej, pojawił się On. Dał mi nadzieję, że może być lepiej, wreszcie czułam się doceniana przez kogoś... Wkrótce to wyobrażenie pękło niczym bańka mydlana... Czułam, jak moje "posklejane" serce znów pęka i rozsypuje się w pył. Zadałam sobie wiele pytań, co mogło być przyczyną, i zawsze widziałam winę po swojej stronie. 
Czym zawiniłam? 
Może swoim zachowaniem... 
Problem w tym, że podążałam tylko za marzeniami... 
Może źle postąpiłam? 
Właśnie tutaj opowiem Wam historię "Niespełnionych marzeń"...
Historię mojego życia, która doprowadziła mnie aż tutaj...
Tylko krok do śmierci...

*********************************************************************************
I tak mamy nowe opowiadanie :) Tym razem nie jest z serii Fantasy :D Pierwsze rozdziały zaczną pojawiać się dopiero na wakacjach :3 Taki boski szablon posiadamy dzięki Neexeme, za co baaaaaaaardzo jej dziękuję ^^ :* To chyba było by na tyle xD