Nieprzyjemnie
dzwonienie budzika zaczęło roznosić się echem po całym moim pokoju, wybudzając
mnie przy okazji ze spokojnego snu. Próbując zlokalizować i wyłączyć alarm w
telefonie, mało, co nie strąciłam lampki stojącej na komodzie. Wreszcie
namierzyłam go i nastała błoga cisza, zagłębiłam się bardziej w łóżku, otulając
przy tym kołdrą, czułam się tutaj bezpiecznie, więc nie zdziwiłam się, kiedy
moje myśli zaczęły się kształtować w pomysł, żeby zostać w tym ciepłym miejscu
już na zawsze. Taka perspektywa jak najbardziej mi odpowiadała, niedane mi było
się cieszyć długo tą chwilą, gdyż posłyszałam kroki mojej mamy, która zbudziła
już Dallasa - mojego starszego brata, ale który nie jest jej synem. Na początku
może już powinnam była wyjaśnić, kim jestem. Na imię mi Meredith, mam
siedemnaście lat, jestem córką najbogatszej rodziny w mieście, lecz nikt o tym
nie wie, z wyjątkiem sprzątaczki, którą traktuje jak moją mamę. Dlaczego tak
jest? Dallas, który jest moim bratem jest ich pierwszym dzieckiem, więc gdy
dowiedzieli się, że Maria jest ze mną w ciąży postanowili to zataić, aby
utrzymać reputacje jemu, jako oczka w głowie rodziny, uwielbianego przez
wszystkich jedynaka. W sumie mi to jak najbardziej odpowiada, wychowała mnie
cudowna kobieta, której imię brzmi Kaliope, a dla mnie jest moją mamą, tatą,
dziadkiem i babcią, czyli w skrócie całą rodziną. Nie to, że moi biologiczni
rodzice w ogóle się mną nie interesują, czasami nawet przywiązują za bardzo do
mnie uwagi. Po prostu z moją "mamą" utworzyłam niesamowitą więź, której
nie potrafię wytłumaczyć i nie traktuje Mari oraz Toma, jako moich rodziców
tylko, jako opiekunów, którzy sprawdzają, żeby nie zabrakło mi pieniędzy na
drobne rzeczy. Mojego brata przezwisko to Dall, trochę dziwne, ale kto wnikałby
w szczegóły. Tak, więc Dall szedł w tym roku na studia, ale w pobliżu domu,
dlatego mieszka z nami, ja tymczasem wybieram się do ostatniej klasy szkoły
średniej. W obecnej chwili usłyszałam lekkie skrzypienie drzwi i po chwili
poczułam, jak materac na moim łóżku ugina się pod czyimś ciężarem, a ja
wiedziałam już dobrze, kto koło mnie usiadł.
-Meredith,
pora wstawać - usłyszałam obok siebie spokojny głos Kali - Dallas już wstał,
jeśli chcesz się z nim zabrać to musisz się pośpieszyć - zaczęłam jeszcze
bardziej zakrywać się kołdrą, niezadowolona perspektywą pójścia do szkoły -
Dobrze wiem, że przyzwyczaiłaś się do spania, do późnej godziny w wakacje, ale
teraz zaczął się nowy rok szkolny i trzeba wstać - powoli zaczęła ze mnie
ściągać kołdrę, ja tym bardziej wcisnęłam głowę w poduszkę - Nie cieszysz się,
że w końcu zobaczysz się z przyjaciółmi po dwóch miesiącach niewidzenia? -
znając życie teraz przyjaźnie się uśmiecha, zawsze widzi pozytywne cechy, taka
mała optymistka, gdyby wiedziała, że ja nie mam żadnych znajomych, tylko samych
wrogów, zwanych przeze mnie gnębicielami, wtedy miałaby inną minę.
-Oczywiście
mamo, że się cieszę - wybełkotałam z resztek "twierdzy", siląc się na
radosny ton, przynajmniej na taki, na jaki było mnie stać w obecnej chwili -
Już wstaję...
-Przekażę
Dallasowi, żeby na Ciebie zaczekał - poczułam jak wstaje i usłyszałam jak
podchodzi do drzwi - Tylko ubierz się ładnie, jesteś w ostatniej klasie, wiem,
że musimy udawać, ale chyba córka sprzątaczki może również się porządnie ubrać
- dodała ściszonym głosem, po czym można było usłyszeć jak drzwi się za nią
zamknęły.
Odetchnęłam
z ulgą, że w końcu poszła, nienawidzę udawać radosnej w jej towarzystwie,
wystarcza mi fałszywe uśmiechanie się w szkole, chociaż i tam nikt tego nie
zauważa, nie ważne czy bym skakała do sufitu, oni i tak znajdą powód, żeby się
ze mnie naśmiewać. Do tej pory ich przywódcą był Dallas, który nie miał
przecież powodu, aby nie wykpić "córki" jego sprzątaczki. Tak macie
całkowitą rację, nawet Dall nie ma o niczym pojęcia, rodzice, (jeśli mogę ich
tak w ogóle nazywać...) skrupulatnie wszystko zaplanowali, Kaliope przygotowali
do roli kobiety w ciąży, muszę przyznać, że z jej opowieści wynika, że doskonale
się spisała w swojej roli. Był taki moment, kiedy o mały włos się nie wydało,
że jestem ich córką, dokładnie pamiętam ten moment miałam wtedy 6 lat...
Wysokiej postawy
mężczyzna ubrany w szykowny garnitur, podkreślający jego urodę oraz wyniosłość
charakteryzującą wyłącznie biznesmenów, obok niego kobieta, której bujne
kształty podkreśla sukienka koloru krwistej czerwieni,
koło nich stoi młody blondynek, w wieku 7 lat, wystrojony w garnitur podobnie jak jego ojciec, można by rzec, że ten młodzieniaszek już podbija
serca kobiet, a co dopiero będzie w przyszłości. Wyglądają jakby wyjęto ich z
jakiejś bajki, lecz to rzeczywistość, dla nich nieziemska, dla małej
dziewczynki skrytej w cieniu sprzątaczki, która żegnała swoich pracodawców -
strasznie ponura. Mała dziewczynka ściska rękę swojej opiekunki, ale
jednocześnie ma ochotę się wyrwać i również zacząć żyć w tej bajce.
-Kaliope! - jęczy
coraz głośniej z naburmuszoną miną - Ja chce iść z rodzicami na ten bankiet! -
teraz to już prawie krzyczy.
Kobieta wraz z
mężczyzną odwracają się w stronę pary zakłócającej ich "bajkę",
rzucając przy tym spłoszony wzrok, mały chłopiec, nieco zmieszany nie wiedząc,
co przed chwilą zaszło rzuca pytające spojrzenie swoim rodzicom, by po chwili
skierować wzrok swoich błękitnych oczu na nic nie warte w jego oczach osoby.
Blond bogini idzie powoli z gracją, lecz w oczach można dostrzec gniew z iskrą
żądzy mordu. Ciągnie za ramię sprzątaczkę w głąb domu tak mocno, że na twarzy
Kaliope pojawia się grymas bólu.
-Jeszcze raz
pozwolisz na taki wybryk Meredith to wylatujesz z nią z tego domu! - wysyczała
z furią pokazując na małą dziewczynkę, obecnie chowającą twarz ze strachu w
nogach opiekunki - Zrozumiano?!
-Oczywiście, pani
Wilmington - odparła ze skruchą służąca - To się więcej nie powtórzy,
obiecuję...
-Ja mam taką
nadzieję - odparła już nieco spokojniej Maria, poprawiła swoją sukienkę zanim
ruszyła z powrotem do holu - Nie wiem, o której wrócimy z mężem i synem,
proszę, więc na nas nie czekać - jeszcze rzuciła i znikła z widoku.
Mała dziewczynka
orientując się, że kobieta odeszła odważyła się podnieść wzrok na sprzątaczkę i
służącą w tym domu, która od tej chwili miała zamienić się w jej 100% mamę.
Kobieta ukucnęła, żeby być na poziomie małej i ją delikatnie objęła,
pozwalając, żeby mała się wypłakała.
-Przepraszam...Ja
tera...teraz...wiem, że...t...ty... jesteś moją... prawdziwą mamą - wypowiedziała
między szlochami i przytuliła kobietę z niesamowitą miłością.
Od tamtej
chwili, może dokładniej od tamtego wydarzenia Kaliope traktuję szczerze i z
miłością. Powracając do Dallasa, on nie pamięta tamtego wydarzenia, tego jestem
pewna, skoro był przywódcą, mimo że idzie na studia wciąż jest, nic go nie
powstrzymywało, aby ze mnie szydzić, nie ważne gdzie się wybrałam, tam znalazł
swoich przyjaciół, z kim mnie wyśmiewał.
Wygrzebałam
się z łóżka, wstając rozciągnęłam się nieco, przy wykonywaniu tej czynności
towarzyszyło mi ziewanie oraz charakterystyczne strzelanie kości. Do łazienki
wzięłam ubrania, które ubierałam tylko do szkoły, albowiem w domu nie muszę się
kryć ze swoim ciałem, nie o to chodzi, że jestem gruba, właśnie wręcz przeciwnie,
moje ciało miało bujne kształty, o których mogły pomarzyć inne dziewczyny. Po
prostu nie było mowy, żeby mogli mnie porównać do Marii, żeby nie niszczyć
swoich blond włosów zakładałam perukę, tylko to nie była byle, jaka, co to nie,
bo np. podczas robienia ćwiczeń na wf mogłaby mi spaść. Została ona zakupiona
przez państwo Wilmington, była droga, ale jeśli chcieli mnie ukryć to musieli
wydać trochę pieniędzy. Udałam się do łazienki, która była dla pracowników tego
domu, przecież trzeba było dbać o pozory. Przeglądnęłam się w małym, zakurzonym
lustrze wiszącym nad umywalką, zaczęłam chować moje blond włosy pod perukę,
teraz wyglądam na szatynkę tak jak Kaliope, niebieskie oczy, które kiedyś były
błękitne i radosne, teraz świecą pustką, na nie nałożyłam zielone soczewki.
Byłam w samej bieliźnie, więc, jak co dzień zaczęłam palcem jeździć po bliznach
znajdujących się na udach, które zostały mi po operacji, kiedy ratowali mi nogi
po wypadku w górach.
Mało brakowało, aby
ta dziewczyna nie przeżyła, ma ogromne szczęście, zostaną jej jedynie blizny...
Poczułam
jak po policzku spływają łzy, delikatnie potrząsnęłam głową, aby rozgonić złe
myśli. Dokładnie pamiętam jak przyszła lawina i mnie zasypało, myślałam, że już
nie zobaczę Kaliope, jeszcze w dodatku ten kamień, który przytrzasnął mi
nogi...
***
Ubrałam się
w za dużą, szarą bluzę, czarne dresy i szare trampki, po czym zaczesałam włosy w kucyka i wyszłam z łazienki nawet
się nie malując, nie miałam nawet przecież takiej potrzeby. Spakowałam kilka
zeszytów do torby, wzięłam swój telefon, wyszłam z mojego małego pokoju, który
mieścił się pośród pokoi służby i niczym się nie różnił, oprócz koloru. Zeszłam
po krętych schodach do ogromnego holu, w którym znajdowały się rzeczy z
najróżniejszych zakątków świata, gdzie Tom miał spotkania biznesowe, ostatnio
był, aż w Japonii, oczywiście jak zawsze towarzyszyła mu Maria. Dallas wyszedł
z kuchni trzymając w jednej ręce kluczyki do jego samochodu - Audi A8, a w
drugiej jabłko, które zaczął jeść opierając się o framugę drzwi. Jest on
wysokim blondynem o błękitnych oczach, biała koszula opina jego idealnie
umięśnione ciało, każda dziewczyna z okolicy się za nim ugania, zwłaszcza te z
liceum. On jednak całkowicie je ignoruje, jedyna dziewczyna, która mu się
podoba i ją kocha jest Jessica, która wyjechała rok temu na drugi koniec kraju
na studia, ale utrzymują ze sobą świetny kontakt. Mimo to wszyscy myślą, że ze
sobą zerwali, a oni nie chcą wyprowadzać ich z błędu, w rezultacie wiele
dziewczyn dzwoni do naszego domu, ja oczywiście nigdy nie odbieram, bo jakby to
wyglądało, że "córka" sprzątaczki odbiera telefon, dzwoniący
oczywiście do państwa Wilmington. W szkole zawsze jestem sobą, nie wyobrażam
siebie, jako pustej laluni, której w głowie tylko mizdrzenie. Skutek jest taki,
że nawet najgorszy kujon nie chce się ze mną przyjaźnić; nie raz znalazłam w
swojej szafce zgnite rzeczy, czy moja torba wylądowało w kiblu, czy ewentualnie
została wywalona do kosza. Co robił wtedy, Dall? Od razu można się domyśleć, że
on jest odpowiedzialny za te incydenty.
-Halo,
poczwaro żyjesz czy już zdechłaś? - wyrwał mnie z zamyślenia śmiejąc się przy
tym, mogłabym porównać to do rechotu żaby, ale bym skłamała, w między czasie
zauważyłam, że skończył swoje lekkie śniadanie - Mogłabyś się pośpieszyć, poza
tym nie chcę za długo zabawić w tej obskurnej okolicy - skrzywił się z
obrzydzenia, wydając zdegustowany pomruk.
-Już idę - odpowiedziałam
nawet się nie siląc na uśmiech, i tak by nie został doceniony.
-To chyba
obijanie się... - zlustrował mnie wzrokiem z góry do dołu - Mogłabyś się lepiej
ubrać... - rzekł z wyczuwalną ironią - A nie! Zapomniałem, że córki mojej
podwładnej na nic ładnego nie stać, bo to nawet tatusia nie ma - i tak po
prostu zaczął się śmiać, poczułam jak łzy kumulują się, żeby wypłynąć na
wierzch, na ułamek sekundy i tylko na tą małą chwilę zobaczyłam litość w jego
oczach, ale za chwilę znowu było widać wyłącznie pogardę - Nie płacz śmieciu,
tylko się zbieraj i jedziemy. Myślisz, że wszystko kręci się tylko wokół
Ciebie?
Nie
powiedziałam nic, tylko wyminęłam go, otworzyłam drzwi i wyszłam na podjazd.
Poczekałam chwilę, aż otworzy garaż, wsiadłam do jego samochodu, nie oglądając
się na boki tylko tępo patrząc w szybę i "podziwiając" resztę
wyposażenia budynku. Po chwili dosiadł się do mnie, odpalił auto i wyjechał na
drogę...

Okropni rodzice!!! Jak mogą rezygnować z dziecka, bo jedno już mają? Już lepsza byłaby aborcja!
OdpowiedzUsuńTyle co do opisu sytuacji.
Świetnie się zaczyna i liczę na więcej! Masz dar do pisania świetnych opowiadań!
W wolnym czasie zapraszam do mnie:
zaklinacze-koni.blogspot.com
domieevlog.blogspot.com
koci-sekret.blogspot.com
[Ten ostatni czeka na szablon i na razie nic tam nie ma]
Dowiesz się wkrótce czemu tacy są... :) Wszystko ma swoje powody, prawda? :P I dziękuję, że Ci się podoba :* Na pewno wpadnę jak będę mieć czas :3
UsuńCudo <3 nic dodać nic ująć :D :3
OdpowiedzUsuńOd razu mnóstwo się dowiadujemy, naprawdę ciekawy pomysł. Tylko jakoś nie mogę zrozumieć, że Meredith nie przeszkadza fakt, że jej własny brat się z niej nabija. Dlaczego jej "rodzice" nie mogą mu powiedzieć, żeby zachowywał się lepiej? A no tak - pewnie jest tak rozpieszczonym "jedynakiem", że i tak miałby to głęboko gdzieś.
OdpowiedzUsuńNie zauważyłam żadnych błędów i przyjemnie się czyta. Dobrze jednak byłoby gdybyś nie robiła dwu miesięcznych przerw między rozdziałami XD
Pzdr
opowiadaniebyjasminelovelace.blogspot.com
PS. nadal mam nadzieję, że będzie to opowiadanie paranormal romance, mimo że w prologu zapewniłaś, że tak nie jest XD